TOMASZ KARABOWICZ
CHŁOPAKI

Co dzieje się na wsi, zostaje na wsi 

Chłopaki mieszkają w okolicy. Kilka domów dalej albo za górką. Pozują, żeby sobie dorobić. Jedni tylko raz, bardziej z ciekawości, co się dzieje w pracowni artysty. Ze spotkań z innymi powstają całe cykle portretów lub półaktów. Do pełnych aktów na wsi chętnych raczej brakuje. Gdy nie ma modeli, Karabowicz maluje martwe natury, ale, podobnie jak w przypadku portretów, to, co przedstawia, jest lokalne. Pochodzi z jego ogrodu albo zostało zebrane przez artystę niedaleko domu. Czasem swoje kompozycje wzbogaca o stary dzbanek, porcelanową figurkę lub blaszany durszlak. To przedmioty, które zostały po rodzicach, lub starocie pasjami wyszukiwane i gromadzone przez malarza. Nie ma więc tu miejsca na przypadek. Wszystko, co składa się na jego codzienność, ze swoimi urokami i wadami, artysta przetwarza w obrazy. 

Tomasz Karabowicz (ur. 1971) kilka lat temu wrócił na wieś. W rodzinnym domu na Lubelszczyźnie urządził pracownię. Rozbudował siedlisko o nową przestrzeń do pracy, ale służy ona bardziej jako showroom lub magazyn. Bo maluje głównie w starej kuchni. Tam powstają wielkoformatowe wizerunki młodych mężczyzn, liczne autoportrety i martwe natury. Tam chłopaki pozują do jego obrazów. Modele są mu niezbędni do tworzenia. Od czasów akademii (dyplom 1997 r., pracownia Zbigniewa Gostomskiego, ASP Warszawa), maluje tylko z natury i trudno mu się od tego uwolnić. Z resztą uwalniać się wcale nie chce. Przyjście modela mobilizuje go do pracy, daje energię, a nawet, jak sam twierdzi, szczęście. Zdaniem Karabowicza, pozujący jest autorem obrazu. Jeśli w trakcie malowania nie ma rozmowy, portret nie wychodzi.

Karabowicz zdejmuje z portretowanych kostium, odkrywa kolejne powłoki. – Kiedy dochodzę do tej, pod którą jest „mięso”, odpuszczam. „Mięso” w malarstwie mnie nie pociąga, pociągają mnie natomiast wrażenia. To na początku. Później studium twarzy. (…) Mam świadomość, że z upływem czasu twarz ludzka staje się ciekawsza, ale ja chciałbym uwieczniać młodość, beztroskę – deklaruje artysta. W wiejskiej kuchni goszczą więc raczej młodzi modele.

Obrazy maluje z charakterystyczną manierą, dzięki czemu już na pierwszy rzut oka z czymś się kojarzą. Mocno osadzone w tradycji malarstwa zawierają wiele odniesień do historii sztuki, choć trudno je umieścić na osi czasu. W popiersiach sprzed kilku lat oraz w martwych naturach widać wczesny kubizm spod znaku Cézanne’a. Akty stylizowane są jak u Łempickiej, a wielokrotnie portretowany Kamil (seria z 2022 r.) jest niczym wyjęty z socrealistycznych plakatów. Karabowicz gra też konwencją ilustracji i komiksu (cykl z Wojtusiem) i estetyką pop-artu. Na przestrzeni lat jego styl się zmieniał, a miejscy, szarobłękitni chłopcy nabierali na wsi rumieńców.

Co dzieje się na wsi, zostaje na wsi? Twórczość Karabowicza jest częścią nierozpoznanego jeszcze szerzej zjawiska pozamiejskiej sztuki queerowej. Pierwszy od ponad dziesięciu lat pokaz prac artysty wpisuje się w silny obecnie nurt odkrywania i reinterpretacji historii ludowych, także w kontekście kultury queerowej. Około 2010 r. o artyście było głośno dzięki homoerotycznym przedstawieniom mężczyzn prezentowanym m.in. na wystawie „Ars homo erotica” w warszawskim Muzeum Narodowym. Obecny był w opracowaniach Pawła Leszkowicza poświęconych polskiej sztuce gejowskiej. Po przeprowadzce na wieś Karabowicz zniknął, nie tylko z pola sztuki nieheteronormatywnej. Po prostu przestał uczestniczyć w życiu artystycznym. Nie przeniósł na wieś miejskich praktyk. Nie animuje gminnego życia kulturalnego, nie działa w przestrzeni publicznej ani nie tworzy projektów z lokalną społecznością. Po prostu maluje. Jak wiele innych artystek i artystów, o których być może jeszcze nie wiemy, tworzy w zaciszu swojej kuchni. 

Wystawa „Chłopaki” uchyla do niej drzwi.