Bogusław Bachorczyk
WOJNA I TANIEC

Sedno praktyki Bogusława Bachorczyka ujawnia się w zdaniu, które usłyszałem od niego
kiedyś podczas pracy nad dużym obiektem wykonanym z drewna: „Mało jest w moim
dorobku rzeźby, prawdziwej rzeźby, gdyż większość swoich prac przestrzennych tworzę
poprzez dodawanie elementów, a nie odejmowanie materii”. W istocie wyrażona w tym
zdaniu reguła stosuje się nie tylko do przestrzennych asamblaży czy instalacji. Również
płótna i rysunki Bachorczyka przerastają własne podłoże. Artysta wynajduje w nich stale
nowe relacje pomiędzy kolażowo zestawianymi elementami, a czasami przetwarza pewne
motywy w nieskończoność, jak gdyby dodając kolejne warstwy do świata budowanego na
przestrzeni całego dorobku. Niekiedy można odnieść wrażenie, że sztuka stanowi dla
Bachorczyka wyrafinowany rodzaj zbieractwa… Jego praktyka może w takich momentach
wzbudzać skojarzenia z modernizmem spod znaku George’a Pereca czy Waltera Benjamina,
którzy w swoim pisarstwie utrwalali mieszczański świat pierwszej połowy XX wieku,
ujawniając fetyszystyczny rys mieszczaństwa i jego przywiązanie do przedmiotów.
Bachorczyk jest jednak emisariuszem z innego świata. Materiał, który przynosi ze sobą na
każdą kolejną wystawę, nie pochodzi z salonów ani antykwariatów. Artysta odnajduje się
lepiej na marginesach miejskiego milieu, w jego miejscach zacienionych, ukrytych, a także w
rzeczywistych i symbolicznych korytarzach łączących je z innymi przestrzeniami.
Z wysokiej, mieszczańskiej sztuki Bachorczyk niekiedy zapożycza rozwiązania formalne.
Prawdziwe zainteresowania i sojusze artysty zdradza jednak materialność jego prac – kolaży
ze zdjęć wycinanych z brukowców, rzeźb z drewna lub metalu pochodzących z odzysku,
asamblaży z obiektów wyrzucanych przez morze… Podobnych przykładów można znaleźć w
jego twórczości bez liku. Im bardziej artysta dojrzewa, tym bardziej słabnie przy tym jego
przywiązanie do rzeczy ładnych, a w jego miejscu pojawia się zainteresowanie tym, co
osobliwe. Coraz większą wagę Bachorczyk przykłada też do historii przedmiotów, które
twórczo opracowuje.
Artyście w naturalny sposób przychodzi myślenie w kategoriach kształtów, kolorów i linii.
Jego formalizm pozostaje jednak nawiedzany przez rozmaite zjawy – w tym duchy
wykluczenia, tułaczki, a nawet wojny. Jeżeli artysta przypomina dziś swoje prace z drugiej
połowy lat 90., inspirowane rosyjskim baletem, nie jest to przypadek. Bachorczyk często
powraca do motywów eksploatowanych wcześniej we własnej twórczości, a najchętniej do
tych, z którymi w danym momencie najtrudniej nawiązać relację – trzeba ją dopiero
wytworzyć (a czasem po prostu pogodzić się z dystansem). Ważną klasą obiektów i obrazów,
które przetwarza w swojej najnowszej twórczości, są również te przypominające o jego
wiejskim pochodzeniu. Jeszcze inną – te powiązane z polskimi historiami gentryfikacji po
1989 roku. Artysta doświadcza jej na co dzień w Krakowie jako mieszkaniec centrum miasta i
organizator Naszego Ogródka im. Dereka Jarmana – artystycznej inicjatywy przy ulicy Czystej, która powoli niknie w cieniu kosztownych apartamentowców. To pewnie jeden z powodów, dla których praktyka Bachorczyka zdaje się coraz mocniej ciążyć ku estetykom i postaciom, które wadzą się ze światem zdominowanym przez kapitał i (drobno)mieszczańskie normy.
Sztuka Bachorczyka jest queerowa w co najmniej dwóch zazębiających się znaczeniach.
Pierwsze wiązałoby się z jej „bujnością” i addytywnym charakterem – do swego twórczego
świata artysta dodaje co rusz kolejne elementy, jak gdyby nie mógł pogodzić się z
„utknięciem” w jednej formie, jednej strategii twórczej, jednym języku. Jako queerową
określiłbym w tym kontekście potrzebę ciągłego wymyślania siebie na nowo i brak zaufania do zastanych konwencji (współ)istnienia i (współ)tworzenia. Na inny, lecz blisko związany
sposób rozumienia tej kategorii naprowadzić może szczególna towarzyskość Bachorczyka (i
jego twórczości). I w ogródku, i poza nim artysta angażuje się chętnie w bliskie współprace, a
krąg bliskich mu – oraz jego praktyce – osób jest całkiem ekscentryczny. Dosłownie: daleki
od centrum, a zwłaszcza tych salonowych centrów, które osądzają, czym jest właściwa
sztuka, odpowiednie zachowanie czy dobry gust. Pracując w miejscach „konsekrujących” –
jak choćby Akademia Sztuk Pięknych – Bachorczyk nie zgrywa świętego i sprzymierza się z
tymi, którzy pozostają w cieniu. Poszukuje też sposobności, by właśnie w takich miejscach
robić rzeczy, w których lubuje się najbardziej – na przykład wywoływać zjawy albo pielić
grządki.
Arkadiusz Półtorak
Partnerem wystawy jest Fundacja JMS.